21 lipca 2024

Czy ESG doprowadzi do ograniczenia konsumpcji?

O wiarygodności danych ESG i ich znaczeniu w ocenie spółek, o trendach konsumenckich oraz o roli biznesu w ograniczeniu konsumpcji –  rozmowa z Krzysztofem Szułdrzyńskim, partnerem PwC Polska.

Przy podejmowaniu decyzji inwestorzy coraz częściej patrzą nie tylko na to, jakie dana spółka ma wyniki finansowe, ale też jaki jest jej wpływ na środowisko, jak służy społeczeństwu i jak jest zarządzana. Innymi słowy – ESG. Z dostępnych danych wynika, że w okresie pandemii nastąpił wzrost zainteresowania inwestowaniem w fundusze ESG. Dlaczego akurat w okresie pandemii? W jaki sposób pandemia miałaby się do tego przyczynić? 

– Możemy wyróżnić kilka trendów, z których tylko niektóre są bezpośrednio powiązane z pandemią. Z jednej strony mamy osoby i fundusze, które traktują inwestycje długoterminowo.  Pandemia unaoczniła im, jak istotne są zagadnienia zrównoważonego rozwoju i gospodarki. Do tego obserwujemy coraz głośniejszą dyskusję dotyczącą kryzysu klimatycznego i właśnie zrównoważonego rozwoju. Niemal każdego dnia w mediach pojawiają się nowe informacje dotyczące tematów ESG. Na to wszystko nakładają się zmiany w przyzwyczajeniach i w zachowaniu konsumentów. Również w ich codziennych wyborach zakupowych, jak choćby jakość żywności, którą kupują, czy też sposób jej produkcji.

Z drugiej strony, na zainteresowanie inwestycjami ESG wpływ miały nie tylko pandemia i dyskusje o zmianach klimatycznych. Także to, że pojawiają się konkretne regulacje, szczególnie w Europie. Jedne już obowiązują, inne dopiero wejdą w życie. Skutek tych zmian jest taki, że finansowanie przekierowuje się w stronę zrównoważonych inwestycji. W efekcie świadomy inwestor, który patrzy w dłuższej perspektywie wie już, że są pewne gałęzie gospodarki, które za chwilę albo będą miały problem z otrzymaniem finansowania, albo to finansowanie będzie drogie.

Jeszcze w 2005 roku UN Global Compact wraz z rządem Szwajcarii opublikował raport zatytułowany „Who Cares Wins”. To właśnie w nim po raz pierwszy użyto terminu ESG. Podkreślono, że uwzględnienie czynników środowiskowych, społecznych i związanych z zarządzaniem na rynkach kapitałowych ma sens biznesowy. Prowadzi do bardziej zrównoważonego rozwoju rynków i lepszych wyników dla społeczeństw. W 2006 roku 63 firmy zobowiązały się do objęcia zarządzaniem aktywów ukierunkowanych na ESG o łącznej wartości 6,5 bln USD. Natomiast w czerwcu 2019 roku było już 2450 sygnatariuszy reprezentujących ponad 80 bilionów dolarów.

Mając na uwadze i regulacje i zachowania konsumentów w jednym z wywiadów zwrócił Pan uwagę, że sprawy związane z ESG nie muszą być ćwiczeniem czysto regulacyjnym. Że mogą stać się szansą na zbudowanie przewagi konkurencyjnej, na takie przebudowanie biznesu, by lepiej spełniał oczekiwania konsumentów i inwestorów. Dziś obserwujemy ich presję na spółki, żeby dostarczały np. bardziej zielone produkty. Jednak czy w ogóle jest możliwe pokazanie całkowitego wpływu produktu na środowisko, z uwzględnieniem pełnego łańcucha dostawców?

– Myślę, że jest to możliwe, choć bardzo trudne. Te kwestie już są raportowane przez niektóre spółki w sposób dobrowolny.  Zmierza to w kierunku stałego zakresu raportowania niefinansowego. Po to, aby konsumenci mieli możliwość porównania np. jaki całkowity ślad węglowy jest generowany poprzez daną spółkę czy określony produkt. I coraz częściej mówi się o mierzeniu wszystkich zakresów, czyli jakie emisje generują np. surowce kupowane do produkcji oraz jakie emisje generuje już sam produkt końcowy z powodu zakończenia swojego życia. Przy czym bardzo ważna jest tu dynamika, czy rzeczywiście całkowity ślad danego produktu zmniejsza się z roku na rok. 

Nie ulega jednak wątpliwości, że spora część regulacji będzie wymagała dostosowania mechanizmów produkcyjnych oraz zmiany sieci dostawców. Tak aby na rynek faktycznie trafiał produkt ekologiczny. Inwestorzy, którzy szybciej i efektywniej wprowadzą konieczne zmiany zyskają przewagę konkurencyjną nad resztą rynku. Już widzimy, że bardziej świadome spółki biorą to pod uwagę, nie ograniczając się tylko do wymogów regulacyjnych. Starając się aby ich działalność faktycznie stała się bardziej zrównoważona. 

Wracając do wątku pokazywania przez biznes śladu węglowego. Na ile to będą wiarygodne informacje, jeżeli weźmiemy pod uwagę cały łańcuch dostaw. Łącznie z poddostawcami w Chinach, Bangladeszu czy Korei? Czy podawane przez nich informacje o pozostawianym śledzie węglowym będą wiarygodne? Mam wątpliwości…

– Obecnie ślad węglowy produktu jest traktowany podobnie jak swego czasu informacje o jego kaloryczności. Firmy tworzą nowy rodzaj etykiet, który ma pokazać konsumentom koszty środowiskowe ich codziennych nawyków. Etykiety informujące o śladzie węglowym pojawiły się już na sałatkach, tenisówkach, akcesoriach komputerowych, a nawet na kremach do twarzy. Unilever, producent mydła Dove i herbat Lipton, poinformował, że doda takie etykiety do wszystkich swoich 70 000 produktów. Producenci chcą, aby emisje CO2 znajdujące się na opakowaniu sprawiały, że klient zastanowi się przed zakupem – czy naprawdę tego potrzebuje. Zdecydowanie jednak potrzeba tutaj spójnych regulacji i wymogów. Wkrótce wejdą w życie regulacje dotyczące międzynarodowych standardów raportowania niefinansowego. To bezpośrednio przełoży się na jakość i wiarygodność tych danych, ale także pozwoli je ze sobą skutecznie porównywać. Być może projektowana obecnie dyrektywa CSRD (Corporate Sustainability Reporting Directive) doprowadzi do tego, że za kilka lat raporty dotyczące danych niefinansowych będą podlegały audytowi. Podobnie jak obecnie sprawozdania finansowe. To byłaby niewątpliwie duża zmiana dla przedsiębiorstw, skutkująca koniecznością dostępu do wiarygodnych danych, ale także zbudowania określonego know-how. Już teraz zwracamy uwagę spółkom skąd można czerpać dane do raportów niefinansowych. Problemem jest to, że często albo są trudno dostępne, albo pojawiają się wątpliwości co do ich wiarygodności. Stąd też często mówi się o greenwashingu.

Myślę, że konsumenci są różni i każdemu co innego leży na sercu. Jeden będzie wrażliwy na ślad węglowy, drugi na pracę dzieci, trzeci na ochronę praw lokalnych farmerów. W jaki sposób będą mogli zorientować się w rzeczywistej działalności firm w interesującym ich zakresie?

– Myślę, że wszyscy jesteśmy świadomi jednej rzeczy – znajdujemy się o krok od środowiskowej katastrofy. Konsumpcjonizm w obecnym wymiarze doprowadzi planetę do kresu możliwości. Zmiany, jakie musimy wdrożyć na poziomie państw, korporacji i naszych indywidualnych zachowań mogą nie być łatwe. Nie nastąpią one z dnia na dzień. Takich informacji konsumenci powinni szukać w raportach niefinansowych przedsiębiorstw, na stronach producentów oraz bezpośrednio na oznaczeniach ich produktów. Ostatecznie raport niefinansowy będzie podlegał rygorystycznej weryfikacji – a to on będzie źródłem informacji, które będą potem powielane  przez innych producentów, co konsumentom da dużo większy komfort i pewność co kupują.

No dobrze, raporty to jedno. Ale trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że kupuję telewizor i będę czytać raport producenta, żeby dowiedzieć się jak on to wszystko produkuje. Jednak czy za kilka lat na pudle od telewizora pojawi się informacja np. o tym jaki ślad węglowy powstał przy jego produkcji i powstanie w momencie utylizacji?  

– Już dziś wszystkie produkty AGD mają określoną klasę energetyczną. W sklepach spożywczych widzimy np. etykiety bio, które już są w pewnym stopniu ujednolicane. Sądzę, że w tej sprawie przed nami jest podobna droga. Jednak, żeby te przyszłe oznaczenia przedstawiały wartość, konieczne są precyzyjne regulacje i bieżąca weryfikacja. Inaczej będziemy mieli do czynienia z kolejną odmianą greenwashingu, gdzie będzie to element marketingowy, a nie możliwość weryfikacji parametrów produktu. 

Oczywiście konsument będzie tu także pełnił rolę weryfikatora. Wcześniej zrobią to też firmy, które np. jako sklep będą uczestniczyć w łańcuchu sprzedaży i generowaniu śladu węglowego poprzez sprzedaż takiego, czy innego telewizora. Sklep będzie bowiem zainteresowany, aby w jego ofercie znajdował się wyłącznie sprzęt spełniający określone parametry śladu węglowego oraz został wyprodukowany w miejscu o odpowiednich warunkach pracy.

Jednak w skali makro, największy wpływ na zrównoważony rozwój będzie miało doprowadzenie do stanu, w którym konsumentowi bardziej opłaca się naprawić jakiś przedmiot, niż kupować nowy. Już teraz można wyróżnić marki, które stawiają na długowieczność swoich produktów. Ta zmiana powinna zajść na dwóch płaszczyznach: jedna z nich to regulacje, które wymuszą recycling użytkowanych produktów. Druga dotyczy zmiany sposobu zachowania konsumentów – zamiast wyrzucać, najpierw spróbujmy naprawić. To zmiana, która niewątpliwie wywrze pozytywny wpływ na środowisko i ilość generowanych przez społeczeństwo śmieci.

Tylko tu potrzebne są jeszcze części zamienne do naprawy, żeby firmy miały je przez ileś lat od wycofania produktu. W tym roku weszła w życie unijna dyrektywa dotycząca części zamiennych do niektórych sprzętów. 

– Tak, oczywiście to jest istota sprawy. Każdy z biznesów ma swoich akcjonariuszy, którym musi dostarczyć zysk. I teraz trzeba to zrobić w taki sposób, żeby w ostatecznym rozrachunku opłacało się produkowanie nie na ilość, ale na jakość. Nie żeby wypychać co roku miliony nowych produktów, czasami nawet nie do końca ludziom potrzebnych. Warto zwrócić też uwagę, że emisje wynikające z konsumpcji nie rozkładają się równomiernie. Zdecydowanie największa odpowiedzialność za emisje spoczywa na klasie wyższej i średniej. Te klasy stanowią znacznie mniejszy procent społeczeństw, szczególnie w krajach rozwiniętych. To pokazuje jak bardzo kwestia śladu węglowego związana jest z zachowaniami konsumentów. 

Jeżeli chcemy osiągnąć istotną zmianę, to nie ma się co oszukiwać – każdy z nas musi zmienić swoje przyzwyczajenia i wybory. Można ograniczyć liczbę samochodów w rodzinie, albo zrezygnować z silników spalinowych, czy w ogóle przerzucić się na transport publiczny. Może powinniśmy dłużej użytkować nasze samochody. Oczywiście możemy skupić się na tym, co robi biznes, jednak te wybory stoją także przed nami wszystkimi.

Widzę, że dyskusja o ESG prowadzi do ograniczenia konsumpcji.  W Wielkiej Brytanii jedna z kampanii nakłania do wsparcia biznesu w ograniczaniu CO2 i ograniczenie zjadanego mięsa czy nabiału, których produkcja oparta na hodowli przemysłowej generuje dużą emisję. I gdy trzeźwo na to popatrzeć to biznes powinien ograniczyć sprzedaż, a więc i swoje zyski. Tylko czy biznes jest na to gotowy?

– To są dwa równoległe trendy. Jeden jest taki, że wszystko co produkujemy powinno dążyć do obiegu zamkniętego i ograniczenia emisji. A nie osiągniemy oczekiwanego wyniku o ile nie zmienimy swoich zachowań i nie zaczniemy wybierać produktów, które najmniej szkodzą środowisku. Oczywiście pozostaje pytanie jaką cenę jesteśmy gotowi za to zapłacić.  Często jest tak, że konsumenci są zwolennikami ograniczenia zmian klimatycznych. Jednak jeśli chodzi o obszary, które mogłyby mieć na nich bezpośredni wpływ, stają się znacznie bardziej sceptyczni. Drugim trendem jest ograniczanie konsumpcji. To już obserwujemy w młodszych pokoleniach, które coraz częściej ubiera się w second handach, nawet jeśli ich sytuacja materialna tego nie wymusza. Z perspektywy biznesu to trudna rzecz. Wygranymi mogą okazać się te firmy, które będą w stanie dostarczyć zmywarkę działającą przez kolejne dwadzieścia lat. A nie dwa.